
Szliśmy przed siebie, gdzie kończył się szlak, nad nami wiatr i błękitny nieba blask. Plecak na ramieniu, pod stopami kurz, a ona szła przede mną pośród polnych dróg. Mijaliśmy lasy pachnące po deszczu, strumień srebrzył kamienie w zielonym cieniu. I tylko czasem, gdy odwracała się, jej uśmiech zatrzymywał mnie na chwilę. A jej usta — jak letni poranek, jak słowa szeptane przy ognisku. Jej usta — zaróżowione od wiatru, od śmiechu, od słońca i bliskości. Chciałem zapamiętać ich kształt, zanim pójdziemy dalej przed siebie, bo najpiękniejsze szlaki prowadzą tam, gdzie jesteś obok mnie. Wieczorem usiedliśmy przy małym ogniu, nad nami gwiazdy płynęły po niebie. Gitara cicho prowadziła swój śpiew, a wiatr między drzewami kołysał się w takt. Ona milczała, patrząc w płomień, jakby słuchała tego, co mówi noc. Potem uśmiechnęła się tylko przez chwilę i powiedziała: „Jutro ruszamy dalej”. A jej usta — jak letni poranek, jak słowa szeptane przy ognisku. Jej usta — zaróżowione od wiatru, od śmiechu, od słońca i bliskości. Chciałem zapamiętać ich kształt, zanim pójdziemy dalej przed siebie, bo najpiękniejsze szlaki prowadzą tam, gdzie jesteś obok mnie. Może jutro spadnie deszcz, może mgła zasłoni góry, może zgubimy gdzieś nasz szlak i pójdziemy własną drogą. Lecz jeśli znów zobaczę ten uśmiech w blasku jej oczu, nie będę pytał, dokąd iść — pójdę tam, gdzie ona. Bo jej usta — jak letni poranek, jak ognisko rozpalone nocą. Jej usta — jak droga bez końca, która prowadzi nas ku sobie. I choć przemierzymy wiele dróg, choć świat za zakrętem się zmieni, najpiękniejsza będzie ta chwila, gdy jej usta znów się uśmiechną. A rano ruszymy dalej, z plecakiem, gitarą i snem. Przed nami daleka droga, a ona — tuż obok mnie.

